wyświetlenia
Gdy tylko drzwi samolotu zostają zamknięte, a ciśnienie zaczyna się zmieniać, nasze ciało przechodzi w swoisty tryb przetrwania, który bezpośrednio uderza w zmysły odpowiedzialne za przyjemność z jedzenia.
Głównym winowajcą jest ekstremalnie suche powietrze, którego wilgotność w kabinie spada poniżej dwunastu procent, czyli poziomu niższego niż na niejednej pustyni. Tak drastyczna zmiana sprawia, że śluzówki nosa i jamy ustnej błyskawicznie wysychają, co dosłownie usypia nasze receptory smakowe, obniżając odczuwanie słodyczy i słoności nawet o jedną trzecią. Ponieważ smak jest w osiemdziesięciu procentach kreowany przez węch, zablokowane przez suchość cząsteczki aromatów nie są w stanie dotrzeć do mózgu, przez co potrawy wydają się nam jałowe i pozbawione głębi.
Sytuację dodatkowo komplikuje jednostajny szum silników, który według psychologów działa jak akustyczny filtr tłumiący doznania smakowe. W tym hałaśliwym środowisku nasze mózgi stają się mniej wrażliwe na cukier, co wyjaśnia, dlaczego desery w chmurach rzadko zachwycają.
Wyjątkiem od tej reguły pozostaje jedynie smak umami, którego pełne są pomidory - to właśnie dlatego sok pomidorowy, na ziemi często pomijany, w samolocie smakuje nadzwyczaj orzeźwiająco i wyraziście.
Linie lotnicze, świadome tych ograniczeń, celowo przesalają i mocno przyprawiają posiłki, próbując oszukać naszą tymczasową niepełnosprawność sensoryczną i przywrócić jedzeniu choć odrobinę ziemskiego charakteru.
Rozmowy na Facebooku