Tłum ciągnący się dziesiątkami metrów, ludzie stojący ramię w ramię i perspektywa kilku godzin czekania. Tak w tym sezonie wygląda dojście do dolnej stacji kolei linowej na Kopę w Karpaczu, najpopularniejszej drogi w kierunku Śnieżki. Nagranie pokazujące skalę kolejki opublikowała internautka basia_basionis, zwracając uwagę na jeden szczegół: to nie działo się w weekend.

Kolej linowa „Zbyszek" przy ulicy Turystycznej to od lat najbardziej oblegany punkt Karpacza. Wjazd zajmuje sześć, siedem minut i pozwala pokonać ponad pół kilometra różnicy wzniesień, z 820 do 1340 metrów nad poziomem morza. Z górnej stacji na szczyt Śnieżki zostaje już tylko 2,5 kilometra spaceru, około pięćdziesięciu minut marszu.

To najprostszy sposób na zdobycie najwyższego szczytu Karkonoszy i właśnie dlatego chętnych jest więcej, niż kolej jest w stanie obsłużyć.

650 osób na godzinę. I ani jednej więcej

Tu leży sedno problemu, o którym większość turystów nie ma pojęcia, stojąc w ogonku. Kolej na Kopę przebiega przez teren Karkonoskiego Parku Narodowego, a jej przepustowość jest z tego powodu ograniczona. Latem może przewieźć w górę 650 osób na godzinę. Zimą, gdy korzystają z niej głównie narciarze, limit jest niemal dwukrotnie wyższy i wynosi 1200 osób.

Modernizacja z 2018 roku, kiedy stare jednoosobowe krzesełka z 1959 roku zastąpiono czteroosobowymi kanapami i dwiema gondolami, tego nie zmieniła. Przejazd stał się szybszy i wygodniejszy, ale możliwości przewozowe pozostały te same, bo wynikają z ochrony przyrody, a nie z techniki.

Prosta arytmetyka pokazuje resztę. Jeśli w kolejce stoi tysiąc osób, ostatnia z nich wsiądzie na kanapę po ponad półtorej godziny. Przy dwóch tysiącach czekających mówimy już o trzech godzinach, a takie liczby w szczycie sezonu wcale nie są przesadzone.

Kolejka trwa tyle, co samo wejście

Kolej skraca wędrówkę na Śnieżkę o mniej więcej dwie i pół godziny. Brzmi to jak solidna oszczędność czasu, ale tylko wtedy, gdy nie liczy się czekania.

W praktyce turysta, który staje w kolejce o dziewiątej rano i wsiada na kanapę po trzech godzinach, byłby w tym czasie już dawno na szczycie, gdyby po prostu poszedł czerwonym szlakiem przez Biały Jar. Do tego doszłaby oszczędność kilkudziesięciu złotych za bilet i widoki, których z krzesełka się nie zobaczy.

Podobne kolejki tworzą się zresztą po czeskiej stronie. Tam wyciąg dowożący turystów bezpośrednio na wierzchołek Śnieżki ma limit jeszcze ostrzejszy, bo 250 osób na godzinę, i również bywa zamykany przy silnym wietrze.

Sezon dopiero się rozkręca

Karkonosze przez lata uchodziły za spokojniejszą alternatywę dla Tatr i Morskiego Oka. Sceny z Karpacza pokazują, że ten status jest już nieaktualny.

Sposobów na uniknięcie ogonka jest kilka. Najskuteczniejszy to przyjście pod dolną stację zaraz po otwarciu, przed napływem turystów, którzy dopiero po śniadaniu ruszają w góry. Drugi to rezygnacja z kolei i wybór jednego z pieszych szlaków, na przykład niebieskiego przez Mały Staw i schronisko Samotnia.

W najbliższych dniach ruch w Karpaczu jeszcze wzrośnie. 6 sierpnia w mieście finiszuje czwarty etap 83. Tour de Pologne na trasie Żagań–Karpacz, a władze zapowiedziały już utrudnienia w ruchu.

DOWIEDZ SIE WIECEJ:
Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok uniewinniający dziennikarzy TVN Turbo. Mikiciuk i Kornacki byli oskarżeni o gwałt
Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok uniewinniający dziennikarzy TVN Turbo. Mikiciuk i Kornacki byli oskarżeni o gwałt
To nie koniec kłopotów Łukasza Żaka. Teraz prokuratura stawia mu kolejne zarzuty
To nie koniec kłopotów Łukasza Żaka. Teraz prokuratura stawia mu kolejne zarzuty