wyświetlenia
Zamiast uderzyć się w pierś i przeprosić za piracką jazdę, parlamentarzysta zaczął z pełną powagą zrzucać winę na... zbyt wolno działający system pocztowy oraz urzędników. Przekonywał prowadzącego, że gdyby państwo działało sprawniej, on sam nie kolekcjonowałby kolejnych kar finansowych. - Gdybym ja dostał pierwszy mandat z fotoradaru na autostradzie, to bym po pierwsze wiedział, że tam jest fotoradar i kolejnego by nie było - tłumaczył bez cienia zażenowania, sugerując, że jedynym powodem jego przewinień jest brak wiedzy o rozmieszczeniu urządzeń rejestrujących.
Kulminacyjnym momentem tej absurdalnej obrony była skarga posła na czas oczekiwania na korespondencję z inspekcji drogowej. Mejza oburzył się, że wezwanie do zapłaty otrzymał dopiero po dwóch latach. Ta linia obrony zakłada więc, że poseł ma pełne prawo łamać limity prędkości tak długo, aż państwo oficjalnie nie przypomni mu o istnieniu ograniczeń, co wywołało natychmiastową, ironiczną reakcję dziennikarza dopytującego, czy w takim razie polityk permanentnie i świadomie przekraczał dozwoloną prędkość.
Wypowiedź posła lotem błyskawicy obiegła platformę X (dawny Twitter) i inne media społecznościowe, wywołując falę potężnego oburzenia oraz drwin ze strony internautów. Komentujący bezlitośnie punktują, że misją fotoradarów jest temperowanie zapędów piratów drogowych w miejscach niebezpiecznych, a nie informowanie kierowców, kiedy akurat powinni na chwilę zdjąć nogę z gazu. Dla wielu komentatorów to wystąpienie stanowi ostateczny dowód na głębokie poczucie bezkarności, jakie potrafi cechować niektórych polskich parlamentarzystów.
Mejza mówi, że dostaje mandaty za późno bo gdyby dostał z fotoradaru mandat szybko, to wiedziałby, że tam jest fotoradar i więcej by tam nie przekroczył prędkości XDDDDDDDD
— chrzanik (@chrzanikx) May 19, 2026
Niech zgłosi się tu ktoś, kto na niego głosował, błagam, chcę poznać taką osobę. pic.twitter.com/E0H9tgT0fe
Rozmowy na Facebooku