Sobotni protest przeciwników transportu konnego na Palenicy Białczańskiej zakończył się inaczej niż dwa poprzednie. Gdy aktywiści usiedli na jezdni i nie reagowali na polecenia, policjanci wynieśli ich z drogi siłą, utworzyli kordon, a pierwszy fasiąg z turystami ruszył w stronę Morskiego Oka. Tym razem na miejscu byli też górale z całego Podhala.

Usiedli na asfalcie

Protest zorganizowali działacze Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt, którzy od tygodni domagają się całkowitej likwidacji przewozów konnych. Kilka dni wcześniej w Starostwie Tatrzańskim żądali zamknięcia drogi na sobotę 22 sierpnia. Starosta odmówił, a wozacy apelowali do policji o zapewnienie im przejazdu.

Rano aktywiści usiedli na jezdni w miejscu, gdzie ruszają fasiągi, i zablokowali wyjazd. Mieli transparenty, m.in. z wizerunkiem Jana Pawła II i hasłem "papież chodził po górach, a nie jeździł". Policja wezwała ich do zejścia z drogi. Gdy nie zareagowali, funkcjonariusze zaczęli wynosić ich na pobocze. Doszło do szarpaniny, na nagraniach słychać krzyki. W jednym z nich ktoś woła, by zostawić jedną z kobiet, bo jest chora na raka i przechodzi chemioterapię. Uczestnicy zostali wylegitymowani. Po utworzeniu kordonu ruszył pierwszy wóz z turystami.

Górale kontra aktywiści

W przeciwieństwie do wcześniejszych akcji z 18 lipca i 8 sierpnia, tym razem na Palenicy pojawili się też obrońcy fiakrów z całego Podhala. Policja nie dopuściła do bezpośredniej konfrontacji, ale nie obyło się bez kłótni. "Przyszliście się wyładować na koniach i góralach", krzyczał jeden z górali. Aktywiści odpowiadali, że ich zgromadzenie było legalne. Inny góral uspokajał obie strony.

Czego chce DIOZ

Organizacja odrzuca wypracowany w ubiegłym roku kompromis, zgodnie z którym od 1 września trasa konna ma być skrócona z Palenicy do Wodogrzmotów Mickiewicza, a równolegle kursują elektryczne busy. Zdaniem aktywistów to "zgniły kompromis". W środę w starostwie zapowiedzieli, że sami chcą uruchomić przewozy na tej trasie, podważyć obecne zasady i zastąpić konie pojazdami elektrycznymi. Proponują też, by Tatrzański Park Narodowy odkupił około 300 koni i wykorzystał je do wypasu hal.

Wozacy odpowiadają, że wszystkie konie przechodzą co roku badania weterynaryjne i ortopedyczne. W tym roku nie zdały ich tylko dwa z 282 zwierząt. Regulamin TPN ogranicza pracę jednego konia do dwóch kursów dziennie. Zarzutów o przeciążanie zwierząt nie potwierdziły wcześniejsze postępowania prokuratorskie, a DIOZ nie odpowiedział na pytania PAP, na jakiej podstawie je stawia.

Sama organizacja jest tymczasem przedmiotem śledztwa Prokuratury Okręgowej w Świdnicy, które dotyczy m.in. bezprawnego odbierania zwierząt przez osoby sugerujące, że działają w imieniu instytucji publicznej.

DOWIEDZ SIE WIECEJ:
Na imprezie z okazji przejścia na emeryturę zatłukł krzesłem kolegę. Teraz usłyszał karę 20 lat więzienia
Na imprezie z okazji przejścia na emeryturę zatłukł krzesłem kolegę. Teraz usłyszał karę 20 lat więzienia
Shakira pojawiła się w strefie trzęsienia ziemi w Kolumbii z synem miliardera i zapowiedziała budowę 10 szkół
Shakira pojawiła się w strefie trzęsienia ziemi w Kolumbii z synem miliardera i zapowiedziała budowę 10 szkół