Nagranie, na którym grupa motocyklistów rzuca w stronę kucającej przy bucie dziewczyny serię coraz śmielszych tekstów, obiegło polski internet i wywołało falę oburzenia. Odbiór był jednoznaczny: obcy faceci w grupie zaczepiają przypadkową kobietę i nie odpuszczają, mimo że ta próbuje odejść. Teraz w komentarzach odezwali się sami autorzy i przedstawili zupełnie inną wersję. Twierdzą, że dziewczyna nie była nieznajoma, tylko partnerką jednego z nich, a całość to ustawiony żart nawiązujący do popularnego mema.
Sekwencja, która rozeszła się po sieci, trwa kilkadziesiąt sekund. Dziewczyna zawiązuje but obok zaparkowanych motocykli, a w jej stronę lecą kolejne zaczepki. Najpierw uprzejme w formie pytanie, czy jest fanką i czy chce zdjęcie. Potem „ej maleńka, chcesz fotkę?", propozycja przejażdżki, a wreszcie tekst, który zrobił największą karierę: „mogę się podpisać na cycuszkach".
Dziewczyna wstaje, rzuca „ciao chłopaki" i chce odejść. Pada pytanie o numer, potem informacja, że ma chłopaka, i klasyczne „chłopak nie ściana". Na koniec autor tekstów przechwala się, że gdyby zdjął kask, to by dała, a kolega ucina to jednym zdaniem: gdyby zdjął kask, to by uciekła.
Co mówią autorzy
Pod nagraniem pojawiło się wyjaśnienie z konta, które je opublikowało. Autorzy twierdzą, że film został odebrany zupełnie inaczej, niż był pomyślany.
Po pierwsze, dziewczyna nie była przypadkową przechodnią, tylko partnerką jednego z mężczyzn, a cała wymiana była żartem między znajomymi. Po drugie, tekst o podpisie miał być nawiązaniem do viralowego mema, który krążył wcześniej po sieci, i według autorów nie wszyscy ten kontekst wyłapali. Po trzecie, rozmowa została ich zdaniem wycięta z szerszej całości. Na koniec zapowiadają, że pełny materiał trafi wkrótce na ich kanał na YouTube i wtedy każdy będzie mógł sam ocenić.
To wyjaśnienie zmienia w sprawie bardzo dużo, ale ma jedną istotną cechę: pochodzi wyłącznie od samych zainteresowanych. Poza ich komentarzem nie ma dziś żadnego niezależnego potwierdzenia ani pełnej wersji nagrania. Do czasu publikacji obiecanego filmu pozostaje to wersją jednej strony, dokładnie tak jak wcześniejsze oburzenie opierało się wyłącznie na wyrwanym fragmencie.
Dlaczego wszyscy odczytali to tak samo
Warto zatrzymać się przy tym, co się właściwie stało, bo to ciekawsze niż samo rozstrzygnięcie. Setki tysięcy ludzi obejrzały ten sam fragment i praktycznie nikt nie założył, że to żart między parą.
Powód jest prosty. W wersji, która krąży po sieci, nie ma ani jednego sygnału świadczącego o zażyłości. Nie ma powitania, nie ma imienia, nie ma śmiechu, który zdradzałby, że wszyscy się znają. Jest za to sekwencja, którą wiele kobiet zna z autopsji: grupa mężczyzn, jedna kobieta, teksty schodzące coraz niżej, próba wyjścia z sytuacji i brak reakcji na tę próbę.
Mózg dopisuje resztę automatycznie, bo dopasowuje obraz do wzorca, który już zna. Dokładnie na tym polega mechanizm, który sprawia, że wyrwany fragment potrafi zbudować historię niemającą nic wspólnego z oryginałem, i to bez żadnej manipulacji montażem.
Kontekst, który zna nie każdy
Autorzy powołują się na mema o autografie, który przez pewien czas krążył w sieci. To wyjaśnia formę żartu, ale pokazuje też słabość takiego pomysłu na treść. Żart oparty na znajomości konkretnego mema działa wyłącznie wtedy, gdy odbiorca ten mem zna. Bez tego zostaje sam tekst, a ten broni się fatalnie.
Nagranie wypuszczone jako krótki klip trafia zaś nie do stałej widowni kanału, która orientuje się w konwencji, tylko do przypadkowych ludzi z całego internetu. Ci nie mają ani mema, ani wiedzy o tym, kto z kim jest, ani reszty materiału.
To działa też w drugą stronę
Jest tu jednak druga strona, o której łatwo zapomnieć w zamieszaniu wokół tłumaczeń. Reakcja, jaka spotkała to nagranie, nie wzięła się znikąd. Zaczepianie kobiet na ulicy przez grupę mężczyzn nie jest zjawiskiem wymyślonym na potrzeby internetowego oburzenia, tylko czymś, co realnie się zdarza, a teksty padające w takich sytuacjach bywają dokładnie takie, jak te z nagrania.
Dlatego widzowie zareagowali tak, jak zareagowali. Nie dlatego, że szukali powodu do awantury, ale dlatego, że rozpoznali schemat. Jeśli scenka odgrywana dla żartu jest nie do odróżnienia od sytuacji prawdziwej, to mówi to coś zarówno o żarcie, jak i o tym, jak często ta prawdziwa się zdarza.
Osobno warto odnotować, że nawet w wersji, która krąży po sieci, najlepszą puentę wygłosił kolega głównego mówcy. Zdanie o tym, że po zdjęciu kasku dziewczyna by uciekła, działa niezależnie od tego, czy było ustawione, czy nie.
Zostaje poczekać na całość
Pełny materiał ma się pojawić na kanale autorów. Dopiero on pokaże, czy wersja o żarcie między parą broni się w kontekście, czy jest wyjaśnieniem dorobionym po fakcie, gdy klip zaczął żyć własnym życiem.
Do tego czasu w sieci funkcjonują równolegle dwie historie z tego samego nagrania. Jedna z nich jest nieprawdziwa i nikt poza autorami nie ma dziś narzędzi, żeby rozstrzygnąć która.