Spuszczono wodę z Jeziora Pilchowickiego na Dolnym Śląsku i zbiornik zamienił się w cmentarzysko. Na dnie zalegają tony martwych ryb, a odór rozkładu czuć z kilkuset metrów. Sytuacja jest na tyle poważna, że zwołano dwa sztaby kryzysowe - powiatowy w Lwówku Śląskim i wojewódzki.

Woda znika ze zbiornika od lutego. To pierwsza taka operacja od 1977 roku, konieczna do remontu ponadstuletniej zapory uszkodzonej podczas powodzi w 2024 roku. Inwestycja ma kosztować około 93 mln zł, a zbiornik ma zostać ponownie napełniony dopiero w 2028 roku.

Ryby zostały uwięzione w mule

Wraz z opadającą wodą odsłoniły się osady denne gromadzone przez dziesięciolecia. Ryby zostały uwięzione w gęstym szlamie, a te, które przeżyły, przedostały się przez kraty tylko dlatego, że były wystarczająco małe. Wędkarze z okolicznych kół od dni biją na alarm i publikują zdjęcia dziesiątek martwych ryb.

Lokalni działacze ruszyli z oddolną akcją odławiania żywych zwierząt. - Przyjechaliśmy zdeterminowani, by zrobić cokolwiek dla zmniejszenia strat, choć wszyscy wiemy, że to o wiele za późno - relacjonują. Szacunki mówią o ilościach od kilkudziesięciu do nawet kilkuset ton martwych ryb. Wędkarze nie mają wątpliwości - to katastrofa ekologiczna.

Zagrożenie dla rzeki Bóbr

Problem nie kończy się na samym jeziorze. Muł spływający ze zbiornika przedostał się do rzeki Bóbr poniżej zapory. Woda zrobiła się brunatna i gęsta, a poziom tlenu drastycznie spadł. Badania z 30 czerwca wykazały bardzo niskie stężenie tlenu bezpośrednio przy zaporze. Dopiero na dalszym odcinku rzeki sytuacja stopniowo się poprawia.

Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska pobiera próbki wody i osadów na kilkunastokilometrowym odcinku rzeki. Pełne wyniki badań chemicznych mają być znane na początku przyszłego tygodnia. Dolnośląski sztab kryzysowy zaapelował do mieszkańców, żeby unikali kontaktu z rzeką. Sanepid uspokaja, że woda z sieci wodociągowej jest bezpieczna, ale zapowiada kontrole prywatnych studni.

"Śnięte ryby to cena za bezpieczeństwo"

Spółka Tauron, odpowiedzialna za remont, broni się, że wszystko odbyło się zgodnie z decyzjami administracyjnymi. Firma tłumaczy, że na kluczowy etap opróżniania nałożyły się wysokie temperatury, które przy niskim stanie wody i obecności starych osadów obniżyły natlenienie.

- Śnięte ryby są niestety ceną, jaką musimy zapłacić za bezpieczeństwo przeciwpowodziowe mieszkańców Dolnego Śląska - stwierdził Jacek Bieńkowski z Tauron Ekoenergia. Spółka zapewnia, że sytuacja jest przejściowa i odwracalna, a zbiornik zostanie ponownie zarybiony po zakończeniu inwestycji.

Eksperci nie zostawiają na tym suchej nitki. Krzysztof Smolnicki, hydrogeolog i prezes Fundacji EkoRozwoju, uważa, że ryby po prostu nie były priorytetem. - Wydaje się, że inwestycja była zrealizowana zgodnie z założeniami - tyle że te polegały na opróżnieniu zbiornika na czas remontu. O rybach pewnie nawet nikt nie pomyślał - komentuje. Podkreśla, że ryby dało się odłowić i przenieść, ale oznaczałoby to wyższe koszty.

Wędkarze twierdzą, że ostrzegali od miesięcy. Proponowali pomoc przy odłowach, ale ich inicjatywy były ignorowane. Jarosław Krempa z PZW mówi wprost, że Jezioro Pilchowickie przestało istnieć. Sprawa ma już wymiar polityczny - poseł PiS Marek Gróbarczyk zrzucił winę na rząd i konkretne ministerstwa.

Trzymajcie się z dala od Bobru w tym rejonie, dopóki służby nie dadzą jasnego sygnału, że woda jest bezpieczna.

DOWIEDZ SIE WIECEJ:
Lubelska policja rozbiła szajkę oszustów. Wśród zatrzymanych nastoletni odbieracze
Lubelska policja rozbiła szajkę oszustów. Wśród zatrzymanych nastoletni odbieracze
Policjanci interweniowali w sprawie awantury domowej. Pijani rodzice 2-latka zaatakowali funkcjonariuszy
Policjanci interweniowali w sprawie awantury domowej. Pijani rodzice 2-latka zaatakowali funkcjonariuszy