Dwuletni chłopiec został przypadkowo zamknięty w rozgrzanym aucie na jednym z kieleckich osiedli. Na zewnątrz było ponad 35 stopni, a kluczyk został w środku. Do akcji ruszyli policjanci z Oddziału Prewencji, którym liczyła się każda minuta.
Wszystko wydarzyło się w środę, tuż po godzinie 15. Mama odebrała synka ze żłobka, posadziła go w foteliku i zapięła pasami. Zamknęła drzwi i obeszła samochód dookoła, żeby usiąść za kierownicą. I wtedy się zaczęło. Drzwi ani drgnęły - centralny zamek się zaryglował, a kluczyk został na przednim siedzeniu.
Kobieta próbowała otworzyć auto sama, ale nic z tego nie wyszło. Została jej jedna opcja - telefon na numer alarmowy. Dyżurny Komisariatu Policji I w Kielcach od razu wysłał na miejsce patrol prewencji, bo doskonale wiedział, że w takim upale każda sekunda ma znaczenie.
Policjant "zanurkował" do środka
Mundurowi błyskawicznie ocenili sytuację. Zablokowana skoda, dziecko w środku, słońce lejące się z nieba. Najpierw poradzili sobie z szybą w tylnych drzwiach, ale to nie wystarczyło - drzwi dalej nie chciały się otworzyć. Trzeba było dostać się do kluczyka leżącego z przodu. Jeden z policjantów bez chwili wahania wszedł do wnętrza auta i otworzył je od środka.
Na miejsce wezwano też pogotowie. Na szczęście lekarze nie stwierdzili u chłopca żadnych niepokojących objawów. Szybka reakcja mamy i sprawne działanie policjantów sprawiły, że skończyło się na strachu.
Nagrzane auto to śmiertelna pułapka
Policja przy okazji przypomina coś, o czym trzeba mówić głośno przez całe lato. Zamknięty samochód stojący na słońcu zamienia się w piekarnik. Już po kilkunastu minutach temperatura w środku potrafi dobić do 50 stopni, a ciemne elementy nagrzewają się nawet do 80 stopni.
Dla małego dziecka to warunki zagrażające życiu. I nie ma tu żadnego "na chwilę" - kilka minut wystarczy, żeby doszło do tragedii.