Po ogłoszeniu wyroku w głośnej sprawie Łukasza Żaka przed sądem rozegrały się dramatyczne sceny. Ojciec jednego ze skazanych kolegów sprawcy śmiertelnego wypadku na Trasie Łazienkowskiej płakał i krzyczał, że kara dla jego syna jest niesprawiedliwa. „On nie jechał. Nie pomagał mu. On był grzeczny, był dobrze wychowany. Ja nie chowałem go na bandytę" mówił dziennikarzom, zarzucając przy tym sędziemu stronniczość.
Wyrok w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia ogłosił w czwartek sędzia Maciej Mitera. Łukasz Żak został skazany na 20 lat pozbawienia wolności m.in. za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, do którego doszło na Trasie Łazienkowskiej we wrześniu 2024 roku. Mężczyzna pędził volkswagenem 226 km/h i uderzył w osobowego forda. Miał promil alkoholu w organizmie. Na miejscu zginął kierowca forda, a cztery inne osoby zostały poważnie ranne.
Razem z Żakiem sąd uznał winę trzech innych osób, które podróżowały z kierowcą. Damian J., Maciej O. i Mikołaj N. usłyszeli kary od 2 do 5 lat pozbawienia wolności, m.in. za poplecznictwo i nieudzielenie pomocy ofiarom wypadku.
Rozpacz i krzyk przed salą sądową
Największe emocje po ogłoszeniu wyroku okazał ojciec Mikołaja N., który został skazany na 4 lata więzienia. Mężczyzna nie uznaje winy swojego syna i uważa, że kara jest zdecydowanie za wysoka. Zaraz po posiedzeniu sądu zaczął krzyczeć i płakać. Twierdzi, że jego syn nie powinien odpowiadać za winy Łukasza Żaka.
„On nie jechał. Nie pomagał mu. On był grzeczny. Był dobrze wychowany. Ja nie chowałem go na bandytę" powiedział w rozmowie z mediami. Ojciec skazanego zarzucił też sędziemu stronniczość.
Sąd nie miał jednak wątpliwości co do roli kolegów Żaka. Uznał, że wszyscy oskarżeni pomagali mu w ucieczce z kraju, zacierali ślady i nie udzielili pomocy na miejscu wypadku. Co więcej, kary więzienia dla kolegów Żaka okazały się wyższe, niż żądał prokurator.
Koledzy zjawili się na miejscu. Zamiast ratować rannych, pomogli mu uciec
Przypomnijmy: bezpośrednio po wypadku na miejsce zdarzenia przyjechali znajomi Żaka, którzy pomogli mu uciec z Polski. Sprawca został zatrzymany w Niemczech na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Nikt z jego kolegów nie udzielił pomocy rannym, którzy zostali we wraku forda.
Przed sądem odpowiadała szersza grupa znajomych kierowcy. Kacper K., właściciel wypożyczalni aut, z której pochodziły pojazdy, został skazany łącznie na pięć lat więzienia oraz sześcioletni zakaz prowadzenia pojazdów. Odpowiadał za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości, poplecznictwo oraz nieudzielenie pomocy ofiarom wypadku. Oskarżeni o poplecznictwo Aleksander G. i Maciej O., którym prokuratura zarzucała m.in. pomoc w zacieraniu śladów oraz utrudnianie ujęcia sprawcy, dostali po dwa lata więzienia. Sprawa jeszcze jednego z kolegów została wyłączona do odrębnego procesu.
„Tym wyrokiem chronię społeczeństwo przed panem"
Sędzia Mitera w ustnym uzasadnieniu nie krył, jak ocenia zachowanie głównego oskarżonego. Podkreślił, że do wypadku doprowadziło działanie Żaka z premedytacją. „Co trzeba mieć w głowie, żeby rozpędzić Arteona, to mały czołg, do 200 km na godzinę? Wtedy nie ma szans na reakcję, nikt nie miałby szans z tym Arteonem" mówił. Dodał, że tylko taka kara zabezpieczy społeczeństwo przed takimi kierowcami, i podsumował: „Tym wyrokiem chronię społeczeństwo przed panem".
Sąd wziął pod uwagę również przeszłość oskarżonego. Żak był wcześniej wielokrotnie karany, m.in. za przestępstwa narkotykowe, prowadzenie pojazdów w stanie nietrzeźwości i wielokrotne łamanie sądowego zakazu prowadzenia pojazdów.
Oprócz kary więzienia na sprawcę nałożono dotkliwe konsekwencje finansowe. Żak otrzymał dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów, musi zapłacić 10 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej, a także wypłacić zadośćuczynienia: po 300 tys. zł dla każdego z członków rodziny zmarłego i 150 tys. zł dla poszkodowanej w wypadku pasażerki. O warunkowe zwolnienie będzie mógł się ubiegać dopiero po piętnastu latach.
Wyrok jest nieprawomocny, więc obrona skazanych może się od niego odwołać. Sądząc po reakcji ojca Mikołaja N., przynajmniej w jego przypadku apelacja wydaje się niemal pewna.