Sprawa, o której już pisaliśmy, właśnie weszła w kolejny, znacznie brzydszy etap. To miała być zwykła krytyka kierowców parkujących na chodnikach. Skończyło się plakatami z jego twarzą i słowem "pedofil" rozwieszonymi po mieście. To gorzka lekcja o tym, jak internetowe pomówienie w kilka dni zamienia się w realne zagrożenie.
Drogowy aktywista znany jako Konfitura, który w sieci nagrywa źle zaparkowane auta i kierowców jeżdżących po chodnikach, sam ujawnił, co go spotkało. W swoim nagraniu pokazał zdjęcia własnej podobizny rozwieszonej na mieście - z podpisem oskarżającym go o pedofilię. I zrobił to z jednego powodu: żeby pokazać, do czego prowadzi hejt wypuszczony w internet.
Od wpisu w sieci do plakatów na przystankach
Zaczęło się od słów. Edyta Pazura, żona aktora Cezarego Pazury, opublikowała na swoim zweryfikowanym koncie wpis, w którym publicznie zasugerowała, że aktywista "może jest" pedofilem nagrywającym dzieci. Dorzuciła też, że "karma wraca i to szybciej, niż się tego spodziewacie". Wpis był później udostępniany dalej, między innymi przez samego Cezarego Pazurę.
Słowa osób z tak dużym zasięgiem nie zniknęły bez echa. Wkrótce w przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się plakaty i naklejki z wizerunkiem mężczyzny oraz oskarżeniem o jedno z najcięższych przestępstw. Rozwieszali je nieznani sprawcy - w miejscach, gdzie codziennie przewijają się tysiące ludzi: na wiatach przystankowych, znakach drogowych i kontenerach na odzież.
Oj u Pazurów znów będzie "gorąco". Edytka najpierw pomówiła, a teraz są tego skutki. pic.twitter.com/APt6Y0C6MC
— 𝚂𝚔𝚗𝚎𝚛𝚞𝚜 (@sknerus_) July 12, 2026
"Moje dzieci to czytają"
Konfitura odniósł się do sprawy wprost. Podkreślił, że oskarżenie nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jego nagrania dotyczą wyłącznie łamania przepisów drogowych - źle zaparkowanych samochodów i jazdy po chodnikach - a nie dzieci. Zwrócił uwagę na najbardziej bolesny aspekt tej nagonki: ogłoszenia z jego twarzą i słowem "pedofil" na przystankach widzą też jego własne dzieci.
Według jego relacji za akcją stała również grupa rodziców spod jednej z placówek. Zamiast przestać jeździć po chodniku, mieli umawiać się na masowe telefony na policję ze zgłoszeniami, że ktoś nagrywa ich dzieci. Tego wątku nie potwierdziły niezależne źródła - znamy go z przekazu samego aktywisty.
Mechanizm, który powinien dać do myślenia
I tu jest sedno, które wykracza daleko poza jedną osobę. Bo można lubić drogowych aktywistów albo ich nie znosić - to nie ma tu znaczenia. Znaczenie ma to, jak błyskawicznie niepotwierdzone oskarżenie, rzucone w sieci przez kogoś z dużym zasięgiem, zamienia się w konkretne działania na ulicy. W plakaty. W telefony na policję. W atmosferę linczu wobec człowieka, któremu nikt niczego nie udowodnił.
W polskim prawie publiczne pomówienie kogoś o przestępstwo może samo być przestępstwem - zniesławieniem. Rozwieszanie takich naklejek to dodatkowo bezprawne plakatowanie, a często również niszczenie miejskiego lub cudzego mienia. Ale zanim zajmie się tym sąd, szkoda już jest zrobiona. W realnym świecie, wobec realnej osoby i jej rodziny.
Dlatego ta historia jest przestrogą. Zanim udostępnisz dalej albo dopiszesz się do oskarżenia, którego nie jesteś w stanie sprawdzić, pomyśl, że po drugiej stronie jest żywy człowiek. Internetowy hejt nie zostaje w internecie. Bardzo szybko potrafi wyjść z ekranu prosto na ulicę - i uderzyć w kogoś, kto z zarzutem nie ma nic wspólnego.