Obywatel Ukrainy, który zyskał niechlubną popularność po tym, jak wjechał luksusową Corvettą na chroniony szlak prowadzący nad Morskie Oko, przerwał milczenie. Mężczyzna opublikował w mediach społecznościowych oficjalne oświadczenie, w którym odnosi się do fali krytyki i zapowiadanych wobec niego konsekwencji prawnych. Nagranie, na którym przedstawia swoją wersję wydarzeń, zarejestrował na tle teatru we Lwowie.
Kierowca sportowego auta tłumaczy swój czyn przede wszystkim niefortunnym zbiegiem okoliczności oraz błędami polskiej infrastruktury turystycznej. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jechał ściśle według wskazówek nawigacji, która poprowadziła go prosto nad tatrzańskie jezioro. Mężczyzna twierdzi również, że wjeżdżając na trasę, zastał podniesiony szlaban, co odebrał jako brak jakichkolwiek przeciwwskazań do kontynuowania podróży samochodem.
Kolejnym argumentem w jego obronie ma być całkowity brak reakcji ze strony jakichkolwiek służb. Ukrainiec zapewnia, że na całej trasie prowadzącej nad Morskie Oko nie spotkał ani jednego przedstawiciela Tatrzańskiego Parku Narodowego, straży parku ani policji, nikt też nie próbował go zatrzymać. Ponadto uważa on, że nałożenie na niego 5-letniego zakazu wjazdu do Polski jest całkowicie bezpodstawne. W podsumowaniu dodał, że opuścił terytorium Polski całkowicie dobrowolnie i obecnie przebywa w rodzinnym kraju. Służby mają teraz utrudnione zadanie, ponieważ ewentualna deportacja jest niemożliwa z powodu jego nieobecności w kraju.