Dominik stracił obie nogi i rękę, gdy pomagał kobiecie wysiąść z pociągu. Po czterech miesiącach śledztwa prokuratura postawiła zarzuty kierownikowi składu - a mężczyzna podczas ich ogłaszania trafił na SOR.
Co się wydarzyło na stacji Wola Bierwiecka
14 lutego 2026 roku na stacji Wola Bierwiecka w powiecie radomskim doszło do tragedii. 17-letni Dominik Hołuj pomagał wysiadającej z pociągu kobiecie z wózkiem dziecięcym. Gdy nastolatek próbował wrócić do wagonu, drzwi zamknęły się i przytrzasnęły jego rękę. Skład ruszył. Chłopak wpadł pod pociąg.
Dopiero jeden z pasażerów, który zorientował się, że doszło do wypadku, zaciągnął hamulec bezpieczeństwa. Maszyna zatrzymała się po kilku metrach - ale było już za późno. Dominik trafił do szpitala w stanie krytycznym. Lekarze walczyli o jego życie przez kilka tygodni. W wyniku wypadku 17-latek stracił obydwie nogi i rękę.
Trwa zbiórka na pomoc dominikowi. Każdy chętny może wpłacić dowolną sumę pod tym linkiem
Każdy chętny może wpłacić dowolną sumę pod tym linkiem
Zbyt szybki sygnał do odjazdu
Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Radomiu. Przez cztery miesiące śledczy analizowali nagrania z monitoringu stacji, dokumentację powypadkową i opinie biegłych. W wyniku tych ustaleń zarzuty postawiono kierownikowi pociągu - 49-letniemu Marcinowi W.
Jak wyjaśniła o2.pl rzecznik prokuratury Aneta Góźdź: "Marcin W. nie dokonał należytej obserwacji ruchu pasażerów na peronie po zatrzymaniu się pociągu. (...) W ocenie prokuratora zbyt szybko dał sygnał do odjazdu pociągu. Sygnał został nadany w trakcie wysiadania pasażerów."
Mężczyźnie postawiono dwa zarzuty. Pierwszy to spowodowanie wypadku w ruchu lądowym - zagrożone karą do 8 lat pozbawienia wolności. Drugi dotyczy narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia kobiety z kilkumiesięcznym dzieckiem w wózku, której pomagał Dominik - zagrożone karą do 5 lat pozbawienia wolności.

Zasłabł podczas ogłaszania zarzutów
Czynności prokuratorskie nie zostały jednak dokończone. W trakcie przedstawiania zarzutów kierownik poczuł się źle. Prokurator Robert Bińczak z Prokuratury Okręgowej w Radomiu przekazał "Faktowi": "Podczas przedstawiania zarzutów mężczyzna nie był w stanie odnieść się do nich. Stwierdził, że widzi mnie zamazanego. Na miejsce wezwaliśmy pogotowie i zdecydowano, że podejrzany zostanie przewieziony do szpitala na SOR."
Z tego powodu prokuratura nie wie jeszcze, czy Marcin W. przyznaje się do zarzucanych mu czynów. Nie zdecydowano też o środku zapobiegawczym. Czynności mają zostać uzupełnione, gdy 49-latek wróci do zdrowia.
Z informacji o2.pl wynika, że Marcin W. pracuje na kolei od kilkunastu lat i ma kilkuletnie doświadczenie na stanowisku kierownika pociągu. Prokuratura potwierdziła, że mężczyzna nie wykonuje już swoich obowiązków, jednak to, czy doszło do przeniesienia czy zawieszenia, pozostaje w gestii pracodawcy - Kolei Mazowieckich.
Nieprawidłowości u przewoźnika
Równolegle swoje postępowanie w tej sprawie prowadzi Urząd Transportu Kolejowego. Kontrola wykryła 24 nieprawidłowości w działalności Kolei Mazowieckich - spółki, której pociąg uczestniczył w wypadku. UTK wszczął już procedurę administracyjną wobec przewoźnika. Koleje Mazowieckie zakwestionowały część ustaleń, jednak ich argumentacja nie została uwzględniona przez kontrolerów.