Mężczyzna z Gandawy padł ofiarą włamania do samochodu, w wyniku którego stracił sprzęt o wartości około trzech tysięcy euro. Dzięki funkcji lokalizacji namierzył swoje rzeczy z dokładnością do metra, a stojąc pod drzwiami konkretnego domu razem z policją, uruchomił dzwonek w słuchawkach, który funkcjonariusze usłyszeli ze środka. Mimo to wrócił do domu z pustymi rękami, ponieważ sędzia odmówił zgody na przeszukanie mieszkania.
Cała historia zaczęła się 2 czerwca w Gandawie, w Belgii. Cédric, 27-letni mieszkaniec tego miasta, wrócił z przerwy obiadowej w okolicy szpitala uniwersyteckiego i odkrył, że jego samochód został włamany. Z pojazdu zniknęły MacBook Pro, słuchawki AirPods oraz inne rzeczy osobiste. Łączną wartość strat oszacowano na blisko trzy tysiące euro.
Lokalizacja co do metra
Młody mężczyzna nie zamierzał się poddawać. Dzięki funkcji geolokalizacji dostępnej w sprzęcie Apple mógł śledzić swoje rzeczy w czasie rzeczywistym. Sygnał zaprowadził go aż do Roubaix, czyli miejscowości leżącej już po francuskiej stronie granicy. To właśnie ten szczegół okazał się kluczowy dla całej sprawy.
Po dotarciu na miejsce Cédric widział na ekranie telefonu, że dzieli go od zguby dosłownie kilka metrów. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, skorzystał z aplikacji i uruchomił dzwonek w swoich słuchawkach. Dźwięk rozległ się wewnątrz wskazanego domu, a usłyszeli go również obecni na miejscu policjanci. Wydawało się, że odzyskanie skradzionego sprzętu to już tylko formalność.
Sędzia mówi nie
Funkcjonariusze skontaktowali się z sędzią śledczym, by uzyskać nakaz przeszukania mieszkania. Ku zaskoczeniu poszkodowanego sędzia odmówił wydania zgody. Jak tłumaczył Cédric, decyzja prawdopodobnie wynikała z tego, że koszt i przymus związany z interwencją, czyli między innymi wyważeniem drzwi, uznano za nieproporcjonalne w stosunku do wartości skradzionych przedmiotów.
W praktyce oznaczało to, że mimo precyzyjnej lokalizacji i słyszalnego dowodu obecności sprzętu nikt nie mógł wejść do środka. Sama geolokalizacja z popularnych aplikacji, choćby najdokładniejsza, w oczach wymiaru sprawiedliwości nie stanowi wystarczającej podstawy do naruszenia miru domowego.
Bezsilność po obu stronach granicy
Rozżalony mężczyzna wrócił do Belgii bez swoich rzeczy. Jak relacjonował, zadzwonił jeszcze na policję w Roubaix, zwracając uwagę, że w tej sytuacji złodzieje zdają się mieć więcej praw niż obywatel, który padł ofiarą włamania. Sami funkcjonariusze mieli przyznać mu rację, choć nie mogli zrobić nic więcej.
Cédric, który prowadzi własną działalność i potrzebuje komputera do pracy, musiał na własny koszt kupić nowy sprzęt. Jak sam przyznał, wciąż ma cichą nadzieję, że kiedyś odzyska swoje rzeczy, jednak szanse na to ocenia jako bardzo małe. Jego stary MacBook według doniesień nadal pozostaje możliwy do zlokalizowania.
Problem znany wielu ofiarom
Historia z Gandawy i Roubaix dobrze pokazuje trudności, z jakimi mierzą się ofiary kradzieży transgranicznych. Gdy skradzione przedmioty trafiają za granicę, możliwości szybkiego działania policji znacząco maleją, a procedury międzynarodowej współpracy sądowej bywają długie i skomplikowane. Dla poszkodowanych oznacza to często bezsilność, nawet wtedy, gdy dokładnie wiedzą, gdzie znajdują się ich rzeczy.