„Gdybym powiedział, co naprawdę myślę, zaszkodziłbym Ferrari. Ryzykujemy zniszczenie mitu, bardzo mi z tego powodu przykro. Mam nadzieję, że przynajmniej usuną z tego samochodu wierzgającego konia” – tak Luca Cordero di Montezemolo skomentował premierę pierwszego elektrycznego Ferrari. Były prezes marki z Maranello nie zostawił wielkiego pola do interpretacji: jego zdaniem nowy model Luce nie tylko nie pasuje do legendy Ferrari, ale może wręcz uderzać w to, co przez dekady budowało mit tej marki. Włoska ANSA podaje, że wypowiedział te słowa przy okazji zgromadzenia Confindustrii.
Samo Ferrari przedstawia Luce jako historyczny krok w przyszłość: pierwszy w pełni elektryczny model marki, czterodrzwiowy, pięciomiejscowy, z napędem elektrycznym i ceną sięgającą około 550 tys. euro. Problem w tym, że zamiast zachwytu pojawiło się sporo chłodnych reakcji. Krytycy i część fanów zaczęli pytać, czy rodzinny elektryk za ponad pół miliona euro nadal jest spełnieniem marzeń o Ferrari, czy raczej bardzo drogim eksperymentem z logo wierzgającego konia. Reuters opisywał odbiór auta jako chłodny zarówno wśród komentujących, jak i inwestorów.

Najmocniejszy sygnał przyszedł jednak z giełdy. Po premierze akcje Ferrari w Mediolanie spadły o 8,4%, a notowania w Nowym Jorku o 5,1%. To pokazuje, że wątpliwości nie ograniczyły się tylko do internetowych żartów z wyglądu auta. Ferrari chciało pokazać, że potrafi wejść w elektryczną przyszłość bez utraty prestiżu, ale pierwsze reakcje sugerują, że dla wielu osób największym pytaniem nie jest moc, zasięg ani osiągi. Pytanie brzmi raczej: czy Ferrari może być elektryczne i nadal pozostać Ferrari?